przeczytaj tekst dlaczego uwierzyli w chrystusa

Ewangelia jest dla wszystkich, a nie dla niektórych. Nie jest tylko dla tych, którzy wydają się nam bliżsi, bardziej otwarci, bardziej przyjaźni. Jest dla wszystkich. Nie bójcie się iść i nieść Chrystusa w każde środowisko, aż na peryferie egzystencjalne, także do tych, którzy wydają się najbardziej oddaleni, najbardziej W drugim czytaniu zostały nam przypomniane słowa Pawła Apostoła do Efezjan, mówiące, że to właśnie spotkanie żydów i pogan w jednym Kościele Chrystusowym z woli kochającego Boga jest «tajemnicą» objawioną, gdy nadeszła pełnia czasu, i «łaską», której sługą uczynił go Bóg (por. Ef 3, 2-3 a. 5-6). Wkrótce będziemy Przeczytaj tekst, z którego usunięto trzy zdania. Wpisz w każdą lukę (7.1.–7.3.) literę, którą oznaczono brakujące zdanie (A–E), tak aby otrzymać spójny i logiczny tekst. Przeczytaj tekst i odpowiedz na pyatnia. Czytanie ze zrozumieniem. Test. autor: Beaszy. Klasa 1 Klasa 2 Klasa 3 Polski Terapia pedagogiczna. Przeczytaj wyrazy i znajdź je na obrazku Rysunek z opisami. autor: Agatalange. logopedia. Odpowiedz na pytania: Yes, I do. Przeczytaj tekst, z którego usunięto trzy zdania. Wybierz w każdą lukę (7.1.–7.3.) literę, którą oznaczono brakujące zdanie (A–E), tak aby otrzymać spójny i logiczny tekst. Uwaga: dwa zdania zostały podane dodatkowo i nie pasują do żadnej luki. Site De Rencontre Amoureuse Au Mali. Wszyscy mamy skłonność do magicznego myślenia. Kiedy próbujemy wyjaśnić sens niezrozumiałych zdarzeń, nasz mózg pracuje tak, jakbyśmy oglądali czarodziejskie sztuczki. Koleżanka z agencji reklamowej dostała w prezencie małą szmacianą kukiełkę z rozwichrzonymi włosami. Stwierdziła, że maskotka jest podobna do znienawidzonej szefowej, dlatego postawiła ją na biurku, żeby wbijać w nią pinezki. Nie minęły dwa miesiące, a szefowa ciężko zachorowała. Znajoma zaczęła się obwiniać. "Nie wiedziałam, że to działa" - powtarzała targana wyrzutami sumienia. Kobieta wykształcona, racjonalistka, a uwierzyła w magię. Zupełnie jak uczestnicy eksperymentu z lalką wudu, przeprowadzonego kilka lat temu przez profesora psychologii Daniela Wegnera z Uniwersytetu Harvarda. Część z nich miała udawać szamanów, którzy wbijają szpilki w lalkę w obecności ochotników odgrywających role ofiar. Kiedy po pewnym czasie ci ostatni - na polecenie profesora - zaczęli symulować ból głowy, szamani byli przekonani, że to ich sprawka. Dlaczego uwierzyli w czary? - Wszyscy mamy skłonność do magicznego myślenia - tłumaczy prof. Rafał Ohme, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. - Jest ono charakterystyczną cechą ludzkiego umysłu i włącza się prawie zawsze, gdy stykamy się z czymś, czego nie rozumiemy i nie umiemy sobie wytłumaczyć - dodaje. W mózgu mamy nawet specjalne obwody odpowiedzialne za magiczne myślenie. Zlokalizował je niedawno przez przypadek dr Ben Parris z University of Exter w Wielkiej Brytanii. Na monitorze funkcjonalnego rezonansu magnetycznego obserwował on aktywność mózgu u osób, które oglądały magiczną sztuczkę. Iluzjonista trzymał monetę między palcami, potem zacisnął dłoń, a kiedy ją otworzył, pieniążek zniknął. Dr Parris zauważył, że podczas oglądania tej sztuczki uruchomiła się u badanych lewa półkula mózgu, te same obszary, które są aktywne, gdy ludzie znajdują się w niepewnej sytuacji albo formułują hipotezy. Stąd wniosek: kiedy próbujemy wyjaśnić sens niezrozumiałych dla nas zdarzeń, mózg pracuje tak samo, jakbyśmy oglądali sztuczki iluzjonistyczne. I działa tak nawet wtedy, gdy ktoś uważa się za racjonalistę. Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo Poseł PiS żąda zmian w języku polskim. Nie zgadniesz, o co chodzi Data utworzenia: 13 sierpnia 2019, 9:24. Wydawałoby się, że uwaga wszystkich partii politycznych skierowana jest obecnie głównie na obietnice i programy związane ze zbliżającymi się wielkimi krokami wyborami parlamentarnymi. Sporadycznie - na wybuchające co jakiś czas kryzysy. Poseł Prawa i Sprawiedliwości Zbigniew Dolata udowodnił jednak właśnie, że zaskoczenia nadal są możliwe. Zobacz, co wymyślił. Zbigniew Dolata Foto: Damian Burzykowski / Poseł Prawa i Sprawiedliwości, Zbigniew Dolata zwrócił się do ministra kultury i dziedzictwa narodowego z interpelacją zatytułowaną: "w sprawie konieczności usunięcia jednego z ostatnich reliktów komunizmu funkcjonujących w przestrzeni publicznej". Sądzisz, że chodzi o kolejny pomnik lub nazwę ulicy? O nie, to coś o wiele większego. Poseł Dolata chce zmienić język, jakim się posługujemy. Nie chodzi jednak o wykluczenie słów nienawiści, a o... określenia "przed naszą erą" i "naszej ery". "Czy zostaną podjęte działania zmierzające do przywrócenia prawidłowej terminologii 'przed Chrystusem', 'po Chrystusie' lub 'Anno Domini' w opisach zbiorów muzealnych oraz wszelkich publikacjach?" – pyta polityk PiS od razu podkreślając, co uważa za prawidłowe. "Niestety dekomunizacja nie objęła niezwykle istotnej kwestii stosowania terminów "przed naszą erą" ( i "naszej ery" ( Ich wprowadzenie w czasach PRL było ważnym z punktu widzenia komunistów elementem sowietyzacji Polski" – czytamy w interpelacji nr 33096. "Ich zastąpienie właściwymi dla naszego kręgu kulturowego określeniami "przed Chrystusem" i "po Chrystusie" (lub „Anno Domini”) nie może być traktowane jako przejaw wzmocnienia wpływu religii na życie publiczne, ale jako wyraz szacunku dla tradycji, przejaw tożsamości kulturowej i konieczną zmianę przywracającą normalność w tej kwestii" – przekonuje poseł PiS. Przytacza też przykłady innych krajów, w których funkcjonuje odniesienie do "czasów chrystusowych": Ameryki Północnej i Południowej, Australii, Czech, Słowacji i Węgier. Zobacz także Całość interpelacji można przeczytać TUTAJ Najniższa emerytura w Polsce to 2 grosze, a najwyższa - aż 22,5 tys. zł! Matka 3 dzieci walczy z rakiem. Odmówili jej zasiłku, bo jest za mało chora /2 Zbigniew Dolata Grzegorz Krzyżewski / Fotonews Chodzi o określenia "przed naszą erą" i "naszej ery" /2 Zbigniew Dolata Damian Burzykowski / Zdaniem posła PiS jet to relikt komunizmu Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem: Połączył pisarzy młodszych i starszych i stał się niespodziewanie najpopularniejszym – choć nienowym – bohaterem polskiej literatury. Jego postać ma być przede wszystkim lekiem na powracający polski mesjanizm. Od razu go poznałem. Wyglądał stereotypowo. Tak stereotypowo, że nie ma sensu go opisywać. Dopiero po chwili zauważyłem, że jego twarz – mimo iż przez wieki zdążyła się opatrzyć – jest jakaś taka realna. Sprawiał wrażenie, jakby był mniej więcej w moim wieku” – czytamy w „Masakrze profana” Jarosława Stawireja. Chrystus pojawił się w wydanych w ostatnich miesiącach książkach „Pannie Ferbelin” Stefana Chwina i „Balladynach i romansach” Ignacego Karpowicza oraz w noweli „Jezus na prezydenta” Zbigniewa Masternaka. Za każdym razem gości we współczesnym świecie. Pisarze częściej wybierali dotąd inną formę: powieść-apokryf, woleli napisać swoją wersję Ewangelii lub jej fragmentu, jak w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa. Popularność rozmaitych żywotów Jezusa zapoczątkowała książka filozofa Ernesta Renana z 1863 r., w której pokazał Chrystusa nie jako Boga, ale zwykłego człowieka. Autora nazywano zdrajcą Kościoła i Judaszem, ale też porównywano go do Darwina, a sława tej książki ciągle rosła. Jezus był u Renana „genialnym prostaczkiem”, ukazywał ideał, do którego ludzkość powinna dążyć. Ta książka miała dziesiątki wydań i była ważna zarówno dla chrześcijan, jak i dla sceptyków religijnych. Polskie XX-wieczne żywoty Jezusa pisali Roman Brandstaetter, Ewa Szelburg-Zarembina, Jan Dobraczyński czy Szlomo Asz. W 1973 r. ukazała się popularna powieść „Według Judasza. Apokryf” autorstwa Henryka Panasa, w której Judasz przemawia we własnym imieniu, nie jest też zdrajcą, a po śmierci Jezusa zakłada gminę religijną, głoszącą inną naukę Jezusa. W literaturze światowej roi się od powieści apokryficznych. Najgłośniejsze było oczywiście „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Nicosa Kazantakisa. Z kolei wznowiona właśnie przez wydawnictwo Rebis „Ewangelia według Jezusa Chrystusa” José Saramago, w której pojawia się romans Jezusa i Marii Magdaleny, tak zainspirowała redakcję portugalskiego „Playboya”, że zaryzykowała opublikowanie kontrowersyjnej sesji zdjęciowej, co skończyło się zamknięciem pisma. Norman Mailer w swojej „Ewangelii według Syna” oddał głos Jezusowi, który uważał, że ewangeliści przekręcili jego przesłanie. Była jeszcze „Ewangelia według Piłata” Erica Emmanuela Schmitta, w której Jezus przyznawał się, że nie jest mesjaszem. I „Ewangelia według Judasza” Jeffreya Archera. A ostatnio swoje wersje życia Jezusa opublikowała też specjalistka od wampirów Anne Rice i pisarz fantastyczny Philip Pullman, u którego występują bliźniaki Jezus i Chrystus – jeden dobry, drugi zły. Polscy pisarze postanowili jednak sprowadzić Chrystusa do naszego kraju. Nie tyle chcieli na nowo portretować Boga-człowieka, ile poprzez tę postać opowiedzieć o współczesnej Polsce i katolicyzmie. Chrystus antykościelny Akcja „Panny Ferbelin” Chwina toczy się w Gdańsku gdzieś na przełomie XIX i XX w. W mieście pojawia się Nauczyciel z Neustadt, który uzdrawia nakładając dłonie i naucza gromadząc tłumy. Otwarcie krytykuje Kościół, który zamienił się w wielkie przedsiębiorstwo. „Kościół już dawno przestał być matką wszystkich ludzi. Stoi na straży niesprawiedliwego świata” – mówi. Nauczyciel pracuje w stoczni i domaga się dla robotników pięciogodzinnego dnia pracy. W ten sposób staje się niebezpieczny dla każdej władzy. Chwin pokazuje, że gdyby rzeczywiście Chrystus pojawił się ponownie dzisiaj, zostałby uznany za wroga Kościoła. Taki rodzaj krytyki znajdziemy w polskiej literaturze wcześniej, choćby u Tetmajera w opowieści „O Panu Jezusie i zbójnikach”. Jezus pojawia się na Ziemi nierozpoznany, by przyjrzeć się światu z bliska i zakwestionować niesprawiedliwy porządek utrzymywany przez ludzi w jego imię. U modernistów często postać Chrystusa miała sugerować, że misja chrześcijańska się nie udała, w świecie rządzi zło. Podobnie u Chwina – Kościół zniekształcił przesłanie, natomiast Nauczyciel je odnawia. Jednak zło świata przenika też do jego najbliższego otoczenia – uczniowie boją się, nie są mu wierni, i tylko kobieta, panna Ferbelin, towarzyszy mu w trudnym czasie. Nauczyciel u Chwina nawiązuje także do wizerunku Chrystusa jako buntownika i rewolucjonisty. W poezji początku XX w. Chrystus pojawiał się jako robotnik w czasie rewolucji 1905 r. albo jak u Tuwima wśród złodziei i prostytutek na moście w wierszu „Chrystus miasta”. W „Pannie Ferbelin” przedstawiciele władzy boją się nie na żarty: „On politykę z religią umiejętnie łączy. A jak on jeszcze pójdzie któregoś dnia do gdańskiej stoczni i na gdańskiej bramie obraz Matki Boskiej zawiesi, to on robotników (…) taką siłą natchnie, że będziemy mieli prawdziwe kłopoty”. Nauczyciel w powieści Chwina nosi więc również cechy robotników z 1980 r. Bohater popkultury W „Balladynach i romansach” Karpowicza Chrystus należy do „popkulturalnego” nieba, gdzie zgodnie mieszkają idole zbiorowej wyobraźni i bogowie różnych kultur. Na Ziemi chrześcijańska misja się nie udała, bo ludzie nie stali się lepsi, chcieli tylko zasłużyć na życie wieczne. Jednak schyłek dawnego porządku nie przynosi przemiany na gorsze, przeciwnie, w świecie bez bogów ludzie się mniej mordują. Jezus jest jednym z tych, którzy zamierzają zejść na Ziemię. Najwięcej łączy go z ludźmi, bo rzeczywiście ich kocha. Do tego stopnia, że chciałby odebrać im wizję raju po śmierci, żeby nie kierowali się w życiu strachem przed piekłem czy nadzieją na niebo. I byli naprawdę wolni. Zstępuje więc po to, by nie zmartwychwstać. Bogowie na Ziemi rozmontowują świat tradycyjnych wartości, ale nie roszczą sobie prawa do pouczania ludzi, do głoszenia jedynej prawdy. Tracą swoje przywileje, a za to stają się śmiertelni. Jezus po swoim ponownym zstąpieniu, zamiast walką z Kościołem, zajmuje się działalnością charytatywną sponsorowaną przez bogatą boginię Nike, z którą się związał. W dodatku Polska nie jest tu wcale wyjątkowa, to kraj „z promocji”, niespecjalnie atrakcyjny, w którym panuje „katolicyzm magiczny”, oparty na cudach i zdarzeniach nadprzyrodzonych. U Karpowicza obraz Chrystusa i innych bogów jest sposobem odreagowania mesjańskiego mitu narodu wybranego, mitu, którego powrót obserwujemy w życiu społecznym. Podobną funkcję pełni Jezus u Masternaka. Chrystus do manipulowania „Dlaczego chcesz zostać prezydentem Polski?” – pyta bezdomnego gangster w nowelce Masternaka. Okazuje się, że Jezus założył się z szatanem. „Powiedziałem, że jeszcze w Polsce mnie kochają i żyją według moich nauk sprzed dwóch tysięcy lat”. Szatan namawia go, by startował w wyborach i udowodnił, że tak jest rzeczywiście. Chrystus Masternaka mówi zdaniami wyjętymi z Ewangelii i rzeczywiście zyskuje popularność, jednak natychmiast znany mafioso postanawia na nim zarobić i organizuje mu kampanię prezydencką. Podobnie było w opowiadaniu „Raport Piłata” Janusza Głowackiego z lat 70., utrzymanym w konwencji zeznań świadków. Trwa rewolta w imię Chrystusa, ludzie wychodzą na ulice, biją się z policją. Robotnicy żądają podwyżek, księża zniesienia celibatu, tłumy – legalizacji narkotyków. A Jezus nawołuje do przemocy w imię miłości, ale nie jest wcale przywódcą tej rewolty. Wszyscy chcą go użyć, nawet producenci żarówek wykorzystują go do reklam. Znany wydawca chce zarobić na jego pamiętnikach, a szef policji planuje dzięki niemu przejąć władzę. Zresztą nie wiadomo, kim jest Jezus, pada sugestia, że to morderca, który stara się odkupić swoje winy. Dość, że ta postać u Głowackiego idealnie nadaje się do manipulowania ludźmi. Jezus nie pasuje do tego świata, natomiast łatwo można go wykorzystać w czyimś interesie. W książce Masternaka Jezus też jest bezbronny. Jedyne, co może zrobić, to zginąć ukrzyżowany. Nowelka Masternaka jest satyrą na polskie poczucie wyjątkowej misji. Szkoda, że najsłabszą postacią jest właśnie Chrystus, który nie potrafi powiedzieć nic oprócz cytatów z Biblii. Autor podobno przedstawił ten pomysł na film sławnemu amerykańskiemu reżyserowi Dawidowi Lynchowi, który uznał jednak tę historię za „zbyt polską”. Współcześni pastuszkowie Satyrą jest też debiut Jarosława Stawireja „Masakra profana”. Rzecz zaczyna się brawurowo. Oto przystojnemu i ustawionemu brand menedżerowi w międzynarodowej korporacji ukazuje się Matka Boska. „Nie jestem żadnym niedorozwiniętym pastuszkiem czy kimś w tym rodzaju – mówi bohater. – Dlatego pojawienie się Matki Boskiej w moim apartamencie przyjąłem z pewnym zdziwieniem, by nie rzec – zażenowaniem”. Okazuje się, że został wybrany przez Jezusa, by głosił Słowo Boże. W czasie prezentacji w firmie pojawiają się u niego stygmaty, przestaje być więc wiarygodnym pracownikiem i ląduje na ulicy. Na wszelkie sposoby próbuje wykręcić się z tej misji, uwolnić od stygmatów i cudów, które może czynić. Jest wdzięczny, że wierni w Kościele uznali go za wariata i wysłali do szpitala psychiatrycznego, gdzie mógł być zwykłym świrem, a nie człowiekiem z misją od Chrystusa. Najciekawszy jest sam początek, potem autorowi zabrakło spójnego pomysłu na rozwój akcji. Niezły jest za to portret tego współczesnego przeciętniaka, którego Jezus uznał za „oblicze swojego ludu”. Nowy „pastuszek” to pracownik reklamy, który jest jak najdalszy od wiary, ale na sferze nadprzyrodzonej może przynajmniej zarobić – choćby pisząc swoją autobiografię. Polska u Stawireja to też kraj „katolicyzmu magicznego”, w którym wierni oczekują cudów. Ta groteska również wydaje się reakcją na polską, patetyczną i pełną symboli religijnych rzeczywistość. Nasz doraźny Jezus Jaki jest więc ten nowy Jezus? Przede wszystkim stał się omylny, przestał być nosicielem jedynej prawdy, a jeśli już ją głosi, to z autoironią i dystansem do siebie. Jezus jest znacznie bardziej ludzki niż boski, jest też relatywistą. Nie chce umierać, a czasem woli, żeby za niego umarł ktoś inny, jak u Chwina. U Masternaka zamiast śmierci Jezus wolałby rządzić krajem. I w dodatku Jezus chce być szczęśliwy tu i teraz, tak jak u Chwina, gdzie towarzyszy mu panna Ferbelin, czy u Karpowicza, gdzie sprawiają mu frajdę głupawe gry komputerowe. Współczesny Jezus jest po stronie szczęścia, a nie cierpienia. Zdaje się mówić, że dość już rozpamiętywania mąk i krzyża, i polskiego męczeństwa. A jednak ta optymistyczna wersja Jezusa wydaje się też nieco jednowymiarowa i doraźna. Trochę brakuje innych obrazów Jezusa, które pojawiały się w literaturze, choćby Jezusa takiego jak w wierszu Władysława Broniewskiego „Ballady i romanse”. Tylko Jezus chce pomóc rudej Ryfce krążącej po ruinach, oboje czeka śmierć. „»Słuchaj, Jezu, słuchaj, Ryfka, sie Juden,/za koronę cierniową, za te włosy rude,/za to, żeście nadzy, za to, żeśmy winni,/obojeście umrzeć powinni«./I ozwało się Alleluja w Galilei,/i oboje anieleli po kolei,/potem salwa rozległa się głucha.../»Słuchaj, dzieweczko!...«. Ona nie słucha...”. Nie ma miejsca na tę dwoistość Jezusa, która fascynowała autorów, choćby Mirona Białoszewskiego: „odczułem go wzruszająco jako – nie wchodzę w boskość – ale jako kogoś bardzo subtelnego, najbardziej, chociaż znającego niesubtelności do końca, to ta dojna krowa, ale tak się naznaczyć? tak fruwać? poczuć odpowiedzialność za te wszystkie byty, przejścia, światy, za wszystkich?” („Szumy, zlepy, ciągi”). Kto to opisze? Może w ogóle nie jest to już dziś możliwe? Gombrowicz, który nazywał siebie agnostykiem, w „Dzienniku” notował w 1953 r., że „z katolicyzmem głębokim nietrudno dziś porozumieć się literaturze, albowiem zawiera on tę treść emocjonalną, która i w nas rośnie, gdy spoglądamy na rozwydrzenie świata. Odwrót! Odwrót! Odwrót! Z chwilą, gdy pojmiemy, żeśmy za daleko zabrnęli, gdy zechcemy wycofać się z siebie, genialny Chrystus poda nam rękę”. Z takim Chrystusem dzisiaj trudno jest porozumieć się literaturze. A szkoda. dodane 2020-09-27 13:46 Pytanie to nie daje mi, od dłuższego czasu, spokoju. Nie chodzi w nim o to, czy się modlę, chodzę do kościoła, nawet nie o to, czy robię dobre uczynki. To wszystko za mało. Gdy chodzi o Boga, który ma we mnie mieszkać. A może to wystarczy? Może to ja chciałabym więcej i więcej … Ostatnio wszyscy mocno narzekają, że Kościół się kończy, że ludzi coraz mniej na mszach, że do Komunii boją się przystępować, że w starciu z współczesnymi ideologiami chrześciajaństwo już przegrało. Jednym słowem wiara słabnie w narodzie. Być może istotnie tak jest. Wszystkim jednak, którzy z radością zacierają ręce, że to już schyłek, to już koniec z katolickimi normami moralnymi, zakazami, nakazami, że oto nadchodzi wolność z nowym wyzwolonym człowiekiem, polecam przejść się wieczorom, obojetnie w który dzień, (im później tym lepiej), do kaplicy wieczystej adoracji Najświetszego Sakramentu przy Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach, która otwarta jest 24h. Zdziwi się każdy, kto spodziewałby się tam kilku starych babć i dziadków. Owszem, jest i babcia, która dosypia przed obliczem Pana czy pochrapujący dziadek. Ale to co mnie zawsze zachwyca, ilekroć tam wchodzę, to widok młodych chłopaków z różancami w dłoni, z brewiarzem, Pismem Świętym, dwudziesto, trzydziesto i nastolatków. Lubię tam przychodzić całkiem późno. Zastanawiam się ile mieszkańców ma Kraków? Coś około 800 tys., może już milion … i wchodząc do kaplicy myślę sobie, czy znajdzie się dziesięciu, na ten milion, którzy przyjdą uwielbić Pana. Czasami jest ich nawet więcej, czasami mniej. Są zawsze. Zaskakuje mnie, że więcej jest mężczyzn, niż kobiet (chyba przeciwnie do ogólnych statystyk). No cóż, mężczyźni lubią prowadzić nocne życie. A fakt, że skręcają do Łagiewnik, a nie do pubu z piwem jest dowodem na to, że to u stóp Jezusa szukają rozwiązań swoich spraw. To dobry znak. Nic się nie kończy. Nic nie umiera. Dopóki znajdzie się tych dziesieciu do adoracji Boga w nocy, reszta może spać spokojnie. Może się też obudzić i do nich dołaczyć, albo ich podmienić. Tak by wskazywała ludzka solidarność i miłosć bliźniego. Tak. Chrystus jest rozpoznawalny. Polub mój profil na FACEBOOKU Witold Głowacki: Człowiek pędzi i pędzi, aż tu nagle Wielkanoc. Moment, w którym czas się zatrzymuje, a nawet cofa o 2000 lat - do wydarzeń na Golgocie. Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Czasem na szczęście zatrzymuje nas w biegu po prostu cykl roku liturgicznego. Czas Wielkiego Postu i Triduum Paschalnego mają swój ściśle określony termin i rytm. Naprawdę nie musimy więc budzić się w ostatniej chwili. Możemy się do tego rytmu przygotować, poniekąd go nawet oswoić. Od lat odbywa się zresztą takie oswajanie świąt - i Wielkiej Nocy, i Bożego Narodzenia - i chyba mimo wszystko potrafimy jakoś otworzyć się na przyjęcie tych wielkich dni. Jest jednak także w naszym życiu drugi, bardziej subiektywny porządek. To nasz osobisty, ludzki rytm. W nim już nie sposób przewidzieć tego, co się zdarzy. Bywa więc, że do zatrzymania się w codziennym pędzie i choćby odrobiny refleksji zmuszają nas okoliczności - to, że spotyka nas samych albo naszych bliskich coś bolesnego. Czasem oba te rytmy zbiegają się ze takiego zdarzyło się dwa lata temu, gdy zmarł Jan Paweł II. Ale i w roku ubiegłym, i także teraz. Rytm Wielkiego Tygodnia i świąt Wielkiej Nocy łączy się dla nas z żałobą po Janie Pawle II. Umieranie Jana Pawła II przypadło w czasie, w którym Kościół przygotowuje się do przeżywania Męki Pańskiej. Doświadczyliśmy żałoby po papieżu bardzo głęboko - i dzięki temu zastanawiamy się także nad tym, co dotyczy nas samych. Zawdzięczamy to po części splotowi tych dwóch porządków - liturgicznego cyklu i naszego osobistego, ludzkiego wszystko rytm liturgii w coraz mniejszym stopniu ma wpływ na współczesną kulturę. Żyjemy bardziej chwilą niż cyklicznym porządkiem świata. Nie wiem, czy nie ulega pan teraz dość popularnym opiniom na temat rzeczywistości, które niekoniecznie są jej diagnozą, za to mogą być próbą jej kształtowania. Wydaje mi się, że wiele wydarzeń w naszym życiu społecznym i religijnym obnaża bezradność takiego poglądu. Naprawdę? Nie tracimy rzeczywistego, świadomego uczestnictwa w święcie? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Wielki Post był czterdziestodniowym rytuałem. Dziś zauważa się co najwyżej Środę Popielcową i Wielki Tydzień. Owszem, w ciągu ostatnich dwóch, trzech pokoleń bardzo wiele zmieniło się w naszym sposobie przeżywania roku liturgicznego, ale także osobistego życia. Nastąpiły zmiany, które bardzo często są nieodwracalne. Wiele tradycyjnych form religijności osłabło czy wręcz upadło. Cóż, ludzkie życie nabrało niesamowitego przyspieszenia. Mimo to jednak świadomość uczestnictwa w liturgii jest dziś głębsza niż kiedykolwiek. Ludzie nadal potrafią przeżywać mękę Jezusa Chrystusa, nadal potrafią podejmować wielkopostne postanowienia. Cóż, być może część rzeczywistości religijnej ulega przyćmieniu w oczach niektórych ludzi, zwłaszcza tych, którym powodzi się lepiej w sensie ekonomicznym. Oni czasem potrzebują osobistego, może bolesnego doświadczenia, by unaocznić sobie prawdy uczestniczył w tworzeniu polskiej wersji językowej Pasji Mela Gibsona, więc zna się pewnie na takim unaocznianiu. Ten film to swoiste misterium pasyjne oddane nam na początku XXI wieku. Gdybyśmy porównali przebieg średniowiecznego misterium pasyjnego z akcją Pasji Gibsona, dopatrzylibyśmy się bardzo wielu podobieństw. I film Gibsona bowiem, i misterium pasyjne starają się wiernie odtwarzać mękę Chrystusa. Rzecz jasna, dzięki sile filmowego przekazu Gibson miał znacznie większe możliwości realistycznej dobrze? Tego rodzaju przedstawienia mają podwójny wymiar. Po pierwsze, starają się uwiarygodnić historyczny przekaz ewangelii - ukazują zapisaną w niej rzeczywistość, udowadniając jej prawdziwość. Przy tym jednak stwarzają możliwość doświadczenia religijnego. Nie chodzi przecież tylko o odtworzenie męki czy egzekucji - bo samo odtworzenie nie niesie ze sobą głębszych treści. Niemniej jednak sprzyja ono rzeczywistemu przeżyciu głębokiego sensu męki Jezusa Chrystusa. Nie chodzi więc o zwyczajną ciekawość, ale o jeszcze jedną formę budowania szokowa? Czasem człowiekiem musi coś wstrząsnąć, by zdobył się na głębszą refleksję. Męka Chrystusa dla jej świadków była właśnie widokiem wstrząsającym. Dlatego oglądanie w filmie Gibsona scen z Jerozolimy jest ich swoistym zderzeniem z osobistym życiem współczesnego człowieka. To może być bardzo ważne forma uczestnictwa w ewangelicznych wydarzeniach? W pewnym sensie tak. Dzięki przedstawieniom Męki Pańskiej stajemy się świadkami wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat. Oglądając Pasję, zachowujemy się w gruncie rzeczy tak samo jak prawdziwi uczestnicy tych wydarzeń. Nie chcemy patrzeć, odwracamy głowę, rodzi się w nas uczucie gniewu, lęk, chcielibyśmy może wyjść z kina. Tak zapewne reagowali zwykli ludzie, którzy byli świadkami męki się musiało zmienić w człowieku, skoro do uczestnictwa w Męce Pańskiej potrzebuje hiperrealistycznej Pasji Gibsona, a nie wystarcza mu już symboliczna Droga Krzyżowa w kościele. To nie do końca tak. Człowiek głęboko wierzący, który cierpi na własnym ciele albo kiedykolwiek doświadczył cierpienia i przeżywał jego sens, w zasadzie nie potrzebuje ani Pasji, ani Drogi Krzyżowej, by wyobrazić sobie mękę Chrystusa. Bo ten człowiek uczestniczył w misterium Męki Pańskiej, już nie odgrywanym przez aktorów, lecz osobiście przez niego jesteśmy Chrystusami - że przypomnę tytuł innego filmu? To kompletne nieporozumienie. Z całą pewnością nie wszyscy nimi jesteśmy. Właśnie ten tytuł zniechęcił mnie do oglądania filmu Koterskiego. Nawet jeśli to tylko przenośnia, to jednak bardzo ryzykowna i każdy więc niesie swój własny krzyż? Nie każdy. Ten biblizm, czyli powiedzenie zaczerpnięte z ewangelii, które pan zacytował, odnosi się co najwyżej do pewnego niedościgłego ideału. Oczywiście, jak powiedział Chrystus: Kto nie bierze swojego krzyża, a idzie za mną, nie jest mnie godzien. Nie wystarczy więc sam podziw dla Jezusa, ale świadomość tego, że to, co trudne w naszej egzystencji, jest współuczestniczeniem w Krzyżu. Dlatego z punktu widzenia Kościoła byłoby dobrze, gdyby rzeczywiście każdy wierny miał świadomość swego krzyża i sensu własnych cierpień. Ale tak nie jest. Niemniej to powiedzenie dowodzi, jak głęboko w europejskiej, zachodniej kulturze są zakorzenione symbole i motywy związane z Męką Pańską. Możemy mieć do nich bardzo różny stosunek, od zupełnej afirmacji aż po zupełny sprzeciw. Niemniej są one odwiecznie obecne w naszej kulturze. A i sprzeciwy oraz wątpliwości co do nich nie są niczym nowym. Spory, jakie toczymy na ten temat, dziś są czasem tylko powtórzeniem problemów rozważanych na przykład w średniowieczu toczyły się spory dotyczące męki Chrystusa? I to jakie... Nam się dziś wydaje, że to dopiero my - ludzie współcześni - mamy jakieś głębsze wątpliwości czy pytania dotyczące wiary. Tymczasem w średniowieczu nie brakowało buntu wobec śmierci Jezusa, wobec krzyża. Pozwolę sobie przytoczyć średniowieczny spór dotyczący przyczyn, dla których Syn Boży stał się człowiekiem. Nie licząc mniej ważnych teorii, pojawiły się dwie radykalnie odmienne odpowiedzi. Dominikanie twierdzili, że stało się to na skutek grzechu pierworodnego - sam Bóg musiał bowiem ponieść śmierć na krzyżu, by podnieść człowieka z tego grzechu. Stąd też pojęcie felix culpa - szczęśliwej winy, która paradoksalnie dała człowiekowi szansę na odkupienie. Tymczasem franciszkanie preferowali inny pogląd - ich zdaniem Bóg stałby się człowiekiem, niezależnie od grzechu pierworodnego. W tym ujęciu Boża miłość wobec człowieka była tak znaczna, że Bóg postanowił, iż stanie się jednym z nas już w momencie stworzenia. Grzech pierworodny sprawił zaś tyle, że Chrystus wiódł ludzkie życie ze wszystkimi jego ograniczeniami. Odpowiedzi, których udzielano na to pytanie w średniowieczu, są do dziś wielkimi wyzwaniami nie jesteśmy pierwszymi, którzy wątpią i dociekają? Z całą pewnością nie. Wrażliwość współczesnego człowieka uległa pewnemu otępieniu na skutek wielości pomysłów na życie, jakie są mu podawane. Współczesna terapia religijna i duchowa polega więc na tym, by raz jeszcze zadać sobie pytanie o to, co w życiu jeszcze to robić? Współczesny człowiek żyje między dwoma biegunami - jeden z nich wyznaczają nieprawdopodobne możliwości techniczne, jakimi w tej chwili dysponujemy. Drugim biegunem jest jednak nasza wyobraźnia. Cóż, postęp technologiczny znacznie ją wyprzedził. Nasze marzenia w tej chwili zmierzają w stronę, w którą nigdy jeszcze nie zmierzały. Nie marzymy już o podbijaniu kosmosu. Marzeniem za to staje się dzień bez komórki. Marzeniem jest dziś spacer do lasu, spokojny weekend w towarzystwie bliskich. Okazuje się, że te marzenia - jakże prozaiczne - bardzo trudno spełnić. Łatwiej jest nawiązać kontakt z człowiekiem na drugim końcu świata, niż wyłączyć telefon na kilka godzin. Ale to właśnie o tym drugim marzymy. Dlatego stopniowo będziemy zmniejszać tempo naszego życia. I coraz częściej będziemy wciskać wyłącznik. Im szybciej to zrobimy, tym więcej będziemy w stanie rozumieć z naszego życia. Warto umieć zatrzymywać oszalały dziś czas. Właśnie moment świąt i powrót do dni męki Chrystusa może nam w tym pomóc. ks. Waldemar Chrostowski, profesor nauk teologicznych, kierownik Katedry Egzegezy Starego Testamentu na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, kierownik Wydziału Teologii i Egzegezy Biblijnej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, redaktor naczelny kwartalnika teologów polskich Collectanae Theologica. Członek Komisji Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, przewodniczący Stowarzyszenia Biblistów Polskich. Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL Kup licencję

przeczytaj tekst dlaczego uwierzyli w chrystusa