wszystko dzieje się po coś
Ta historia jest taka zwyczajna, bez filmowego przekombinowania, bez zadęcia, bez tandetnych chwytów, wszystko po prostu się dzieje. Trudno przyjąć do wiadomości, że naszym bliskim mogło się coś stać, bo takie rzeczy pojawiają się na pasku w telewizji, ale nie mogą przytrafić się nam.
Z nowych danych Banku Gospodarstwa Krajowego wynika, że przyszłoroczny budżet na dopłaty do Bezpiecznego kredytu 2 proc. jest na wyczerpaniu. A niewykluczone, że już się skończył - pisze
Mówi się, że utrata miłości boli, ale utrata przyjaciela zabija. Osoba, która w pewnym momencie życia tyle dla nas znaczy, może rozczarować, zniknąć, jednak należy pamiętać, że wszystko dzieje się po coś i przyjaciół nie otrzymujemy raz na zawsze.
Lubie kiedy dzieje sie cos zgodnie z planem, ale wole cos niespodziewanego, nieprzewidywalnego. Uwazam ze np. niezapowiedziani goscie to stres dla domowników bo nic nie maja a z drugiej strony nie musza sie przygotowywac na przyjaecie gosci. Czasami swietnie jest zrobic cos spontanicznego, jakis nie zaplanowany wyjazd czy wycieczka.
Absolutnie wszystko, co nam się przydarza, ma początek i koniec, więc jeśli coś się stanie, nie rozpaczaj, nawet jeśli ci to przeszkadza. Wszystko się dzieje. A jeśli jesteś na pocieszającej scenie, pamiętaj, że powinieneś w pełni korzystać z dobrej pamięci. Wszystko się dzieje, ale musisz mieć cierpliwość
Site De Rencontre Amoureuse Au Mali. Z Iloną Felicjańską spotykam się w trakcie Festynu na rzecz Pierwszego Specjalistycznego Żłobka dla Dzieci Niepełnosprawnych „Kryształki”. Festynu, którego jest animatorką, osobą prowadzącą, gwiazdą, która przyciąga tłumy, ale przede wszystkim matką rozumiejącą potrzeby małych dzieci. Jest również prezesem Fundacji „Niezapominajka”.20 października swoją działalność rozpoczął żłobek dla dzieci niepełnosprawnych i z HIV „Kryształki”. – Jest to bardzo duże wydarzenie, ponieważ z dziećmi niepełnosprawnymi jeszcze jakoś nasze społeczeństwo sobie radzi, choć woli udawać, że tego problemu nie ma. Dzieci z wirusem HIV, gdzie bardzo często zostają zarażone tym wirusem w szpitalu, gdzie bardzo często choroba nie jest wynikiem złego prowadzenia się rodziców, są jednak traktowane, jak wyrzutki społeczeństwa. Ich rodzice są traktowani, jak narkomani, jak Ci, których należy unikać, a właściwie wyrzucić ze społeczeństwa i odizolować. Czyli nadal brak świadomości wśród społeczeństwa?– Ciągle brak świadomości, ponieważ z wirusem HIV już poradziliśmy sobie. To jest obecnie prawie taka sama choroba, jak każda inna. Zarażenie się tą chorobą wcale nie jest takie proste, jakby się nam wydawało. Znam pary, gdzie jedna osoba jest zdrowa, a druga jest chora i żyją. Są szczęśliwe, na wszelki wypadek nie mają dzieci, bo boją się tego, ale przez wiele lat osoba chora nie zaraziła zdrowej pomimo stosunków płciowych. Nadal, pomimo tego, że żyjemy w XXI wieku mamy bardzo małą świadomość społeczną choroby, a te dzieci mogą szczęśliwie dożyć późnego wieku, wręcz przeżyć całe życie nikogo nie zarażając. Ponieważ nosiciel wirusa HIV, jest prawie tak samo zarażony, jak chory z wirusem, np. opryszczki. Ten wirus nie musi nigdy z tej osoby wyjść na zewnątrz, jeśli ta osoba będzie przestrzegała określonych zasad, kiedy będzie informowała, że jest zarażona u dentysty, czy może w szpitalu. To nie jest tak, że dotykiem bądź oddechem się zarazimy. Powraca ponownie brak świadomości postępowania wobec tej choroby, a także tego, co należy lub nie należy robić. – Dokładnie, dlatego ja się bardzo cieszę, że Olga podjęła się tak trudnego wyzwania. Rozmawiałam z Olgą i mówiła, jak trudno było jej znaleźć miejsce, bo nie będą tutaj pozwalali narkomanom przyprowadzać swoich dzieci. To nie do końca jest tak, czasem narkomanem zostaje się nie z własnej, nieprzymuszonej winy. Tak samo, jak osoba uzależniona od alkoholu nie zawsze jest w stu procentach winna temu, że jest uzależniona, a ja dokładnie ten problem akurat znam i wiem, że z tą chorobą można żyć i czasami stanąć na ziemi i zacząć normalnie funkcjonować. Co sprawiło, że pojawiłaś się w tym miejscu o tej właśnie porze? – Sprawił to Facebook (szczery uśmiech). Facebook jest niesamowitym źródłem możliwości dowiedzenia się, poznania i przekazywania. Na Facebooku dowiedziałam się o tej akcji, o żłobku i napisałam do Olgi (Banasik, założycielki żłobka), że jeżeli będę mogła jej pomóc to chętnie pomogę. Ja przez ostatni rok troszeczkę przygasłam, lizałam rany i nabierałam nowej świadomości życia, ponieważ wszystko, co wydarzyło się w moim życiu było dla mnie bardzo ważne i było mi bardzo potrzebne po to, aby poznać siebie, zrozumieć siebie i wiedzieć, czego tak naprawdę od życia potrzebuję. Wiem, że przeszłaś w ostatnim okresie trudne chwile w swoim życiu… Czy to wszystko udało się już uporządkować i ułożyć, czy też jest nadal jakiś cień, który Ci ciąży? – Przeszłam trudne chwile, ale jestem jeszcze dużo słabsza, jak byłam kiedyś. Zdałam sobie sprawę, że pędziłam w tłumie, bo tak należy. Postępowałam tak, jak chcieli inni, abym postępowała. Chciałam się podobać, bo to fajnie jest się podobać, a tak naprawdę w tym wszystkim bardzo mało było mnie. Wiem jedno, pomagałam i będę pomagała. Prowadzisz Fundację „Niezapominajka”…– Nie powiem, że Fundacja jest w genialnej kondycji finansowej, bo tak nie jest, bo prowadzenie fundacji to zdobywanie pieniędzy, to pukanie od drzwi do drzwi. W tym momencie miałam urlop roczny od życia publicznego, od różnych sytuacji, na które jeszcze nie jestem gotowa, ale jak wspomniałam wcześniej, pomagałam i chcę pomagać. I dlatego, jak zaczęłam rozmawiać z Olgą to zobaczyłam w Oldze siebie kilka lat temu, jak zakładałam Fundację „Niezapominajka”. Ile miałam siły i werwy i wiedziałam, że mogę przenosić góry. W tym momencie przenoszę na razie małe kamienie, ale myślę, że jeszcze potrzebuję trochę czasu i ponownie będę góry przenosiła. Tylko już w inny sposób, z innym ludźmi. Z tymi ludźmi, którzy nie są obok mnie tylko, dlatego, że jestem znaną Iloną Felicjańską, bo to było najbardziej przykre, w tym, co mnie spotkało. Nie wypadek, ale najtrudniejsze było to, że przyjaciele odeszli pierwsi. Ci, którzy nazywali mnie swoją siostrą, przyjaciółką, najbliższą osobą, ci, którzy byli obok mnie i osaczali mnie, prawie jak jakieś pasożyty, czy pijawki, odeszli pierwsi. Mało tego, mają do mnie pretensję, że skończyło się dobre życie. O co mają do Ciebie pretensję? – Oto, że jak pracowałam, jak miałam dobrze funkcjonującą Fundację, niedużą, ale dobrze funkcjonującą firmę, mieli dużą wypłatę, mieli dużo pieniędzy… I nagle stała się tragedia i oni się odwrócili? Bez świadomości tego, że coś trudnego wydarzyło się w czyimś życiu? – Mają pretensję, że nie zarabiają, ale ludzie są tylko ludźmi, dlatego mówię, że nie chcę niczego oceniać. Zrozumienie, choć tego nie da się zrozumieć, ale przegryzienie, przetrawienie w sobie właśnie tego było dla mnie najtrudniejsze. Ludzie i ich zachowanie było dla mnie znacznie trudniejsze, niż moje własne błędy, które sobie w jakiś sposób wybaczyłam, poniosłam konsekwencje i idę dalej, ale musiałam się nauczyć zachowania ludzi. Musiałam nauczyć się, że moje zaufanie musi być dużo bardziej ograniczone, ale jednocześnie nie umiem żyć nie ufając ludziom. Nie da się funkcjonować bez zaufania. Zaufanie w życiu jest potrzebne tak naprawdę?– Wszystko, co się wydarzyło jest tak naprawdę mi pomocne, bo teraz są wokół mnie ludzie, którzy wiedzą, ile „na wywijałam” w swoim życiu, ale znają mnie, prawdziwą Ilonę, znają moje wnętrze i chcą przy mnie być. To są ci, dla których ważniejsze jest moje wnętrze, niż to, czy jestem mniej lub bardziej znana lub mniej lub bardziej lubiana. Wszystko w życiu dzieje się po coś!Czy serce nadal przykrywa większa lub mniejsza góra kamieni? – Tak naprawdę znowu uważam, że w życiu wszystko dzieje się po coś. Mając fundację, mając styczność z dziećmi niepełnosprawnymi, cały czas z problemami, z chorobami ludzi, z brakiem pieniędzy, z borykaniem się z najprostszymi rzeczami, ja nawet w najtrudniejszych momentach myślałam sobie – Ja mam zdrowe dzieci! A jak oboje wiemy, zawsze może być gorzej… – Nigdy nie jest tak, że nie może być gorzej. To był bardzo trudny rok. Rzeczy, jakie się działy w moim życiu były nieprawdopodobne. Wiele rzeczy jest niewiadomych, bo to działo się w bardzo osobistej sferze, kiedy zaczynałam pracę, bardzo fajny biznes, rokujący duże nadzieje, osoba, z którą miała go prowadzić zginęła w wypadku, czyli znowu cały projekt upadł. Ciąg takich zdarzeń absolutnie niezależnych ode mnie, przykrych, gdzie już myślałam, że wstaję i nagle dostawałam tego kopa, ale znowu to wszystko jest po coś. Może teraz będę tak silna, że niewiele może być mi straszne (wesoły uśmiech). Ilona, większe plany lub zamierzenia na najbliższy okres, to, co planujesz lub nad czym myślisz? – Moimi planami i zamierzeniami jest cały czas wprowadzać moje dzieci w świat, w którym muszą nauczyć się ograniczonego zaufania do innych ludzi, ale jednocześnie chcę, aby byli dobrymi ludzi. Chcę, aby w tym zabieganym świecie, w tym ciągu i biegu do sukcesu i pieniędzy byli osobami wrażliwymi mimo wszystko. Jestem dumna z tego, że moi chłopcy, moi synowie wyjeżdżając gdzieś z ojcem wysyłają mi zdjęcia, „Zobacz mamo, jakie piękne widoki!”. Tego chcę, żeby wiedzieli, że sukces jest ważnych w ich życiu, ale że mogą zobaczyć piękny zachód słońca też jest ważne… Cały czas chcę wspierać Olgę, to jest teraz najnowszy projekt, w którym mogę pomagać na razie bez kosztowo, ale jednocześnie możemy wspólnie tych pieniędzy szukać. A wierzę też w to, że będę mogła ponownie wspierać dzieci z porażeniem mózgowym. Jest ich tak dużo, my ich nie widzimy, ale to jest choroba ciała, a ich umysł jest normalny, który pragnie kształcenia i poznawania świata. Teraz nie mam pieniędzy, więc nie mogę ich wesprzeć, ale gdy zdobyłam europejską nagrodę „ecco – Look In Style”, dostałam prawie 160 tysięcy polskich złotych i przekazałem tą nagrodę na leczenie w porażeniu mózgowym. O tym nikt nie napisał, dostałam te nagrodę z rąk Księżnej Danii i to gdzieś minęło, przemknęło, to nie było dla ludzi ważne… dla mnie bardzo. Dla ludzi ważne są sensacje, które produkują następne sensacje, z nich rodzą się kłamstwa będące fundamentem pod kolejne kłamstwa. Tak, jak mówisz i to mi się bardzo nie podoba. – Był taki moment, w którym stwierdziłam, że ten świat mi się nie podoba, że się poddaję, ale później uświadomiłam sobie, że jestem dorosła. Co z tego, że się zbuntuję i co mi to da? Ja muszę znaleźć swoje miejsce w tym wszystkim i otaczać się takimi ludźmi, z którymi będzie mi dobrze żyć. I to jest moje marzenie, mieć takich ludzi, z którymi będę mogła borykać się z tym, że ten świat nie jest jednak doskonały. I ostatnia dobra myśl na koniec od Ciebie? – Słuchajmy swojej intuicji. To jest to, co zrozumiałam ostatnio. Miałam dużo czasu na przemyślenia. Tyle razy, ile nie posłuchałam swojej intuicji, tyle razy potknęłam się i to czasami bardzo solidnie. Jesteśmy częścią tego wszechświata i ta intuicja, tak samo jak w zwierzętach to można bardzo zaobserwować, ich niezwykłą intuicję i instynkt. My też to mamy, tylko zapominamy, bo sukces, pieniądze, bo zamieszanie, problemy. Słuchajmy własnej intuicji. Bardzo dziękuję za rozmowę. Rozmawiał: Artur G. Kamiński Fotografia: Miron Chomacki / Stylizacja Agnieszka Miernicka / Wizaż: Aleksandra Bucholc fryzury /salon TOona
Dołączył: 2017-06-01 Miasto: Żory Liczba postów: 13586 9 stycznia 2018, 12:55 Z serii "filozoficzne myśli, gdy mam doła, bo życie mnie kopie w dupę"Czy uważacie, że stwierdzenie "wszystko dzieje się po coś" w odniesieniu do nieprzyjemnych zdarzeń, które nam się przytrafiają, to prawda? Myślicie, że nieszczęścia i przeszkody w życiu są po to, by wyszło z nich coś dobrego? A może uważacie takie gadanie z usprawiedliwianie swoich niepowodzeń? jurysdykcja 9 stycznia 2018, 13:02 Nie, nie wierzę w fatum, przeznaczenie, opatrzność. Ale zgadzam się, że ciężkie przeżycia kształtują nas jako ludzi, często na lepsze. Salacja 9 stycznia 2018, 13:05 Nie wierze w to. Moim zdaniem takie gadanie jest tylko po to by ludziom latwiej bylo przetrwac ciezkie dni. W koncu latwiej sobie powiedziec, ze "nic nie dzieje sie bez przyczyny" lub "Bog tak chcial". Latwiej trwac jesli mysli sie, ze nie cierpisz bez powodu tylko dlatego, ze po tym spotka cie cos dobrego. Ale to zazwyczaj bzdura. Jasne, ze po ciezkich chwilach w koncu sie sytuacja poprawi (zazwyczaj), ale nie wiadomo czy potrwa to miesiac, rok, 20 lat. rzadkistolec 9 stycznia 2018, 13:05 Tak uważam, ale tylko w kontekście Boga i wiary Dołączył: 2014-06-25 Miasto: Warszawa Liczba postów: 26249 9 stycznia 2018, 13:06 interpretacja podobnie niewłaściwa, jak z tym wchodzeniem do rzeki ;)oczywiście, że sie po coś dzieje. I dobrze, i złe, i jakiekolwiek. Zebyś się uczyła, wyciągała wnioski, unikała w przyszłości błędów, nabierała mądrości i pokory dla rzeczy na które nie masz wpływu. Edytowany przez Cyrica 9 stycznia 2018, 13:07 Dołączył: 2010-12-27 Miasto: Poznań Liczba postów: 1197 9 stycznia 2018, 13:07 Mnie spotkało dużo złych rzeczy w życiu. Nie wiem jakie one miały cel ale napewno sprawiły że jestem silniejsza. agazur57 Dołączył: 2017-03-21 Miasto: Leśna Góra Liczba postów: 5698 9 stycznia 2018, 13:10 Też tak myślę, ale nie w kontekście siły sprawczej i kierowania losem, a raczej w kontekście kształtowania własnej osoby i życia. bellleza 9 stycznia 2018, 13:16 Tak to jest ze te trudne wydarzenia bardziej nas kształtują jednak nie wierze w jakąś opatrzność czy Boga. Wszystko to zbieg okoliczności tylko czasem wypadkowa wyborów KolorowyAniol 9 stycznia 2018, 13:37 Ja temu wierze bo poprostu wiem i czuje ze tak jest. I nie jest to dla mnie jako wytlumaczenie dla negatywnych sytuacji bo to sie odnosi do wszystkiego nawet do dobrych rzeczy które nas spotykają. Ale Dajmy na to ginie niewinny człowiek na ulicy i rodzina strasznie przeżywa i pyta dlaczego dlaczego ?? Ok. To straszna tragedia. Ale może gdyby ta osoba przeżyła ten dzień to sama wyrządziłaby jeszcze większe zło?? Może nie specjalnie, może zupełnie przypadkiem spowodowałaby ze zginęłoby 5 osób??moze jej smierć to mniejsze zło. Niewiemy tego i nigdy się nie dowiemy. Podałam wymyślony przykład ale moim zdaniem każde zdarzenie jest już z góry zaplanowane a my jesteśmy trochę jak te marionetki. Być może ciężkie życiowe sytuacje są celowe by nauczyć nas czegoś albo nasze dzieci. To wszystko jest po cos i nie bez przyczyny! Trochę napisałam to może mało logicznie ale mam nadzieje ze zrozumiecie mines 9 stycznia 2018, 13:40 po nic nie sa, nie ma nikogo kto tym steruje i widzi w tym szzytny cel. niemniej ma to wplyw na nasz charakter, mozemy odebrac zle wydarzenia jako cenne doswiadczenie lub sie tym dreczyc.
-Mateuszu, mamy już tyle sukcesów lekkoatletycznych na dystansie 800 metrów, że kibice przed telewizorami mogą się zawahać, by wskazać najlepszego biegacza na tym dystansie? Kto jest nim w twojej opinii? -Myślę, że teraz Patryk Dobek, który w Tokio zdobył brązowy medal. Ten fakt czyni go najlepszym 800- metrowcem w Polsce ? mówi nasz olimpijczyk, Mateusz Borkowski. ? Ja jestem chyba drugi, bo dzierżę tytuł aktualnego wicemistrza Polski, ale to tak wygląda tylko na obecną chwilę. – Niewyobrażalne emocje chyba towarzyszyły ci na bieżni w Tokio? -To prawda, dla mnie były to zarówno te pozytywne, jak i negatywne emocje. W biegu eliminacyjnym wszystko poszło po mojej myśli. Zająłem drugie miejsce i pewne miejsce w półfinale z dużym Q. Niestety, po tym biegu doznałem dyskomfortu stopy. W półfinale odczuwałem to i od razu w takiej stawce rywali odbiło się to na wyniku. Później okazało się, że mam pękniętą kość śródstopia. Bardzo to przeżyłem. Towarzyszyła mi prawdziwa huśtawka nastrojów. Po eliminacjach sam się dziwiłem, że poszło mi tak dobrze. Z kolei po półfinale wiedziałem, że wszystko dzieje się po coś i dlaczego. Jeśli więc tym razem mi się nie udało, muszę być cierpliwy i poczekać na następny. Wziąłem to na klatę i postanowiłem wyciągnąć pozytywne wnioski, bo przecież nadal chcę spełniać swoje cele i marzenia. -W naszym regionie wszyscy byli dumni z tego, że mają takiego, jak ty olimpijczyka. Wszyscy trzymaliśmy za ciebie kciuki, a w Brodach wywieszono nawet okolicznościowy transparent. Czułeś w Tokio to wsparcie? -Było to bardzo miłe, zwłaszcza po eliminacjach, po których rozbudziłem apetyty na sukces. Byłem w tym biegu drugi. Przegrałem o jedną setną sekundy, jak się okazało z późniejszym mistrzem olimpijskim. Jak zobaczyłem ten baner w Brodach, to aż serduszko zabiło mi mocniej. Cieszę się tylko, że mam wśród was takich kibiców, jak się okazuje i na dobre i na złe. Chcę wam cały czas dostarczać tylko pozytywnych energii i sportowo rozwijać tak, byśmy wspólnie mogli się cieszyć. Mateusz Borkowski na międzynarodowej imprezie zadebiutował w 2013, zdobywając złoty medal olimpijskiego festiwalu młodzieży Europy. Startując w biegu na 1500 metrów, zajął drugie miejsce podczas europejskich kwalifikacji i wystąpił na igrzyskach olimpijskich młodzieży w Nankin. Jest brązowym medalistą juniorskich mistrzostw Europy w biegu na 800 metrów (2015). Dwa lata później sięgnął po brązowy medal IAAF World Relays. Został złotym medalistą juniorskich mistrzostw Polski na stadionie (2015) i w hali (2016), a także brązowym medalistą halowych mistrzostw Polski w biegu na 800 metrów (2017). W 2019 roku został młodzieżowym mistrzem Europy, a w 2021 roku halowym wicemistrzem Europy seniorów. -Marzyłeś o tych na igrzyskach?A co po nich? Myślisz już teraz o starcie w Paryżu i rysujących się pod wieżą Eiff la szansach? -O, tak. Chciałbym tam pobiec znacznie lepiej. Na pewno te doświadczenia zdobyte na bieżni w Tokio spowodowały, że nabrałem chyba tej pewności siebie i niezbędnego doświadczenia do odniesienia olimpijskiego sukcesu. Tak naprawdę, to w Tokio nie wiedziałem, jak to jest startować na igrzyskach. Teraz już wiem, dowiedziałem się, co muszę poprawić i nad jakimi elementami pracować. Do startu w Paryżu jest nie jak zwykle między igrzyskami cztery, a trzy lata, więc ułożenie polityki startowej i okresu przygotowań do zbudowania optymalnej formy będzie znacznie łatwiejsze. Wszystko to, co działo się w tym olimpijskim roku, odbieram pozytywnie i tak też patrzę w przyszłość. -No właśnie, w 2021 roku wykonałeś niesłychany skok sportowy w swojej karierze? -To prawda. Igrzyska miały być w 2020 roku i tylko dzięki temu, że je przełożyli, udało mi się na nie zakwalifikować. Przecież przed rokiem biegałem w czasie co nie dałoby mi kwalifikacji. W tym roku legitymuję się czasem i dwa razy potwierdziłem kwalifikację olimpijską. Czyż nie mam więc racji, że wszystko dzieje się po coś? -W czym tkwi tajemnica twoich tegorocznych sukcesów? -Myślę, że zacząłem znacznie mądrzej, ciężej i świadomiej trenować. To okazało się kluczem do poprawienia tak swojego rekordu, jak i taktyki na bieżni. -Czy tak, jak w roku olimpijskim, tak i w przyszłym spotkamysię w sezonie zimowym w hali? -Tak. Nie wykluczam startów w hali, tym bardziej, że w 2022 roku zaplanowano mistrzostwa świata. Będę chciał się do nich jak najlepiej przygotować, ale wszystko będzie zależało od tego, w jakim stanie będzie moja stopa, czy odpowiednio się zregeneruje, czy też nie. Na razie mam miesiąc przerwy od biegania. Wkrótce odbędę kolejne badanie rezonansem. Jeśli więc tylko dopisze mi zdrówko, to na pewno wystartuję w mistrzostwach i powalczę o jak najlepsze miejsce. -W latach 50 i 60 mówiono o polskich lekkoatletach ?Wunderteam?. To niesłychane, ale obecnie osiągacie jeszcze lepsze rezultaty. Jesteś chyba z tego niesłychanie dumny, że należysz do tego grona wspaniałych lekkoatletów? -Oczywiście. To niezwykłe uczucie przebywać razem z naszymi lekkoatletami i na własne oczy widzieć, jak zdobywają medale. Są dla mnie wzorem do naśladowania, wyboru najlepszej ścieżki rozwoju sportowego. Podpatrując ich wiem, że ciężką, mądrą pracą można osiągnąć wielki sukces. -Serce ci bije wkraczając po raz kolejny w szkolne obejścia ostrowieckiej SMS? -Bardzo się z tego cieszę, że zostałem zaproszony na inaugurację roku szkolnego, tym bardziej, że mieszkam na stałe w Łodzi, tygodniami przebywam na zgrupowaniach kadry i rzadko mam możliwości takiego powrotu do przeszłości. Do Ostrowca przyjechałem więc z wielką chęcią, bo miło wspominam edukację w SMS. Trzy lata mieszkałem w internacie i pamiętam, że fajne rzeczy się w nim działy. Poznałem też wielu ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dzisiaj. -Dziękuję za rozmowę.
Tym razem zacznę opowieść o moich biegowych przygodach z zupełnie innego miejsca, niż robię to zazwyczaj, gdy relacjonuję mój udział w zawodach. Mamy sierpień 2020 roku. Po raz drugi zajmuję w Mistrzostwach Polski w biegach górskich 4. miejsce. Jedziemy z Asią na wakacje, a ja początkowo, zamiast cieszyć się wyjazdem, trawię niedawną porażkę wyjątkowo ciężko. W końcu ją akceptuję i powstaje krótki, ale oczyszczający wpis na bloga:Jestem lepszy, gdy jestem do jego przeczytania na deser, gdy już dobiegniemy do mety Mistrzostw Polski 2021 w Andrychowie. W tamtym tekście zawarty jest klucz do tego, aby zrozumieć, dlaczego w tym sezonie jestem mocny, ale przede wszystkim, żeby zrozumieć poniższe stwierdzenie, które uważam, że doskonale puentuje moją sytuację z minionych zawodów, a może nawet moją perspektywę na resztę bieżącego lepszego w Andrychowie nie mogło mi się przydarzyć. Spirala Mistrzostw Polski - Andrychów Słowem wstępu i wyjaśnienia – bieganie w górach to pojęcie dość szerokie. Postronny obserwator może mieć kłopot z połapaniem się, ile tych Mistrzostw Polski jest i dlaczego właśnie tak?! Zjawiam się zatem z pomocą. W górach mamy w ciągu jednego roku kalendarzowego 4 imprezy rangi Mistrzostw Polski, są to:MP w biegu górskim w stylu anglosaskim (krótki dystans, który zawiera zarówno zbiegi, jak i podbiegi) – odbyły się 8 maja 2021 w Bielsku-BiałejMP w biegu górskim na krótkim dystansie – będą miały miejsce w Sobótce 29 maja 2021. Jest to bieg tylko pod w biegu na długim dystansie (ok. dystansu maratońskiego) – które zaliczyłem 15 maja, i o których dowiecie się z tej relacji w biegu górskim na ultra dystansie – będą miały miejsce w sierpniu podczas imprezy Chudy w temacie podziału imprez na tym zakończymy, żeby bardziej nie mieszać w głowach. 🙂 Luz i gruz - chodzą w parze Mój start w Mistrzostwach Polski w biegach górskich na długim dystansie był dla mnie głównym celem przygotowań na wiosnę tego roku. Właśnie pod tę imprezę szykowałem się przez okres zimy i wiosny. Gdy łapałem treningowego i mentalnego doła, to właśnie o tym biegu zaczynałem myśleć, żeby móc się dźwignąć. Gdy Asia przynosiła do domu kremówki, ja powstrzymywałem ślinotok, oglądając zdjęcia kamieni ze szlaków Beskidu sprawdzianem przed tym najważniejszym biegiem miały być MP w Bielsku, o których możecie przeczytać tutaj. Pod namową trenera Andrzeja Orłowskiego wystartowałem w nich, i ku zaskoczeniu mojemu, ale i wielu osób, zdobyłem brąz Mistrzostw Polski. Chociaż biorąc pod uwagę ile mnie zdrowia psychicznego i fizycznego kosztowały te zawody, to bardziej stosowne określenie to: „wyszarpałem brąz” :).Wspominam o tym, ponieważ ten bieg na 7 dni przed główną imprezą w tej części sezonu dał mi dwie rzeczy – „Luz i gruz”. LuzCzyli spokojną głowę, brak presji i poczucie, że „już nic nie muszę”. Nieco przypadkowo wypełniłem plan na wiosnę i spełniłem swoje marzenie, zostałem medalistą krajowego to jak byłem zarąbany jeszcze 96 godzin po tym biegu. Naprawdę, wychodziłem w środę na trening i dalej poruszałem się jak pingwin, jakbym miał wsadzone kolana w gips. Każde zgięcie nogi było obłędnym doznaniem. Dosłownie, nigdy tak mnie nie załatwiło 12 km biegu. Nawet po debiucie na 100 km schodziłem ze schodów w lepszym stylu niż po tych cholernych 12 km. Jedyny pocieszający fakt był taki, że z kim nie rozmawiałem, to wszyscy byli „skasowani” tak samo. W czwartek rano, czyli na 48 h przed biegiem w Andrychowie, gdy jeszcze coś tam tliło się w mięśniach, byłem nawet zły, że razem z trenerem przelicytowaliśmy. Z perspektywy ostatnich 2 tygodni mojego życia, uważam, że ten start na 12 km był zagraniem va banque. Gdybym nie zdobył brązu w Bielsku i jechał z „takimi nogami” do Andrychowa po kilku miesiącach przygotowań, to beskidzkie szlaki zamieniłyby się w rwące potoki od wylanych przeze mnie z żalu łez. Na szczęście w piątek poczułem się zdecydowanie lepiej. Być może dlatego, że tego dnia nie miałem zaplanowanego treningu i po prostu nie miałem okazji się zorientować, w jakim naprawdę stanie są moje mięśnie. Cały dzień odpoczywałem już na miejscu w Andrychowie, szykując się mentalnie na rywalizację, która miała rozpocząć się kolejnego dnia. Przegląd faworytów Jednym (jeżeli nie jedynym) plusem organizacji imprez mistrzowskich w dobie pandemii jest to, że wreszcie wszyscy najmocniejsi zawodnicy w tym kraju zaczęli spotykać się na linii startu. Juliusz Cezar powiedział kiedyś: „Wolę być pierwszy w Alpejskiej wiosce, niż drugi w Rzymie”. No i niestety te słowa doskonale oddają sytuację z wyborem imprez biegowych przez czołówkę Polskich biegaczy górskich. Pandemia spowodowała jednak, że małych imprez gminnych jest tak mało, że okazji takiej jak start w dużym i poważnym biegu nie można przegapić. Dzięki temu do Andrychowa zjechali się najmocniejsi wśród faworytów widziałem: Damiana Świerdzewskiego (maraton 2:21 z tego roku) oraz Marcina Świerca (choć z całym szacunkiem do Marcina, to przez różne komplikacje nie pobiegł nic wartościowego od września 2019 roku).Z pozostałych chłopaków stawiałem na: Pawła Czerniaka, Dominika Grządziela, Kamila Leśniaka, Tomka Kobosa i Bartka Misiaka. Spokojnie jeszcze kilka mocnych nazwisk mógłbym wypisać, ale ta 7-osobowa grupa wydawała mi się najpoważniejszymi kandydatami do pudła. Wspólny start - małe rzeczy a cieszą! W sobotę o godzinie pojawiliśmy się z Asią w okolicy startu. Cała procedura przedstartowa przebiegała sprawnie. Pogoda dopisywała – powietrze było chłodne, ale zanosiło się na słoneczny dzień. Wiele znajomych twarzy, mnóstwo przybitych piątek, rozgrzewałem się i kurde napiszę Wam, że już dla tej atmosfery i tych wszystkich ludzi z biegowego środowiska było warto przyjechać na ten bieg, bez względu na to co się potem wydarzy na zeszłotygodniowej akcji, z pojawieniem się na starcie na równe 2 sekundy przed wystrzałem startera, tym razem bezpiecznie ustawiłem się przed linią startową dobre kilka minut wcześniej. Witałem się i zagadywałem znajomych, a wszyscy patrzyli na mnie i pytali się, czy ja naprawdę biegnę z bidonami w rękach. No i każdemu z osobna musiałem tłumaczyć, że tak, bo mi tak najwygodniej. 🙂 Maraton też biegam, trzymając w ręku 8 żeli i mam to dobrze sprawdzone. Pozostały obowiązkowy sprzęt miałem umieszczony w specjalnych kieszonkach spodenek Dynafita (i serio – to nie jest żadna reklama, specjalnie nie napiszę, który model, jak ktoś będzie zainteresowany, nich pyta). Miałem przy sobie folię NRC, telefon i 8 żeli. Telefon miałem sparowany ze słuchawkami Aftershzok. Uprzedzam pytania – nie słuchałem muzyki i zwróciłem się przed biegiem z pytaniem do organizatora, czy mogę ich użyć. Do czego użyłem słuchawek dowiecie się w dalszej części. Czas na wyścig! Rzeczą, która odróżnia start biegu na długim dystansie, od startu w biegach krótkich jest to, że na starcie czuć smród maści „Bengay” – wszystkie inne rzeczy dzieją się dokładnie tak samo. Wszyscy ruszają jak klienci Lidla po karpie przed świętami i wszędzie latają łokcie w walce o jak najlepszą pozycję po pierwszych 100 metrach trasy. Niezmienne jest też to, że po kilku kilometrach w czołówce zostają już tylko osoby zainteresowane zwycięstwem w było tym razem. Pierwsze 10 minut biegu to tasowanie się zawodników. Ktoś wyprzedza, ktoś chowa się innej osobie za plecy. Na podbiegu jedni drobią i lekko zostają z tyłu, na zbiegu ktoś puszcza nogi i odskakuje na kilkanaście metrów. Pokaz stylu i demonstracja sił. Biegłem w peletonie na pozycjach 4-8 i obserwowałem, jak rozwija się sytuacja. Z przodu ustawił się Damian Świerdzewski, spoglądałem na niego i widziałem siebie sprzed 3 lat. Biegliśmy po 5:30/km pod lekką górkę i dla kogoś, kto biega maraton tempem 3:22/km taki bieg jest nienaturalny. Stawiałem, że Damian nie wytrzyma ciśnienia biegu w takim „wolnym” tempie i ruszy samotnie do przodu po 10 minutach. W 11 minucie Damian nadal spokojnie trzymał się grupy i pomyślałem, że jednak podszedł do debiutu w górach, rozsądniej niż się spodziewałem. Było to jednak błędne założenie, w 12 minucie Damian zaatakował. Ruszył pod stromą ściankę i na dystansie 100 metrów oderwał się o dobre 30 metrów od reszty. Nie chcę, żeby zabrzmiało to buńczucznie, ale sam siedziałem już na kamieniu na 2 km przed metą, prosząc turystów o wodę i wiedziałem, że tym ruchem Damian właśnie wypisał się z walki o medale Mistrzostw Polski. Pytanie, jakie pozostawało w mojej głowie, to czy zdoła dotrwać do ostatniego zbiegu na 39 km na dobrej pozycji, w szeroko pojętej czołówce?Co ciekawe w pogoń za Damianem ruszył Maciek Dombrowski, świetny biegacz zwłaszcza na dystansach ultra. zwycięzca Biegu 7 Dolin z 2020 roku. Spodziewałem się, że Maciej będzie „zjadał” stawkę od końca wraz z kolejnymi kilometrami. Tymczasem zdecydował się na naprawdę odważny manewr. Kolejne kilometry leciały, trasa mocno „falowała” między stromymi, ale krótkimi podbiegami a spokojnymi i dłuższymi fragmentami po niemal płaskim terenie. Technicznie szlak był w początkowej fazie bardzo prosty. Szerokie szutry pozwalające na swobodny bieg. W okolicy 7-8 kilometra na czele biegł Damian z ok. 1-minutową przewagą. Za nim podążał Maciek Dombrowski, a dalej z niewielką stratą biegłem ja wraz z Adrianem Bednarkiem, Tomkiem Kobosem i Kamilem Leśniakiem. Na 9. kilometrze czekała nas pierwsza poważna próba charakteru. Kilometr niemal pionowego podbiegu. Na odcinku 800 m pokonywaliśmy ponad 200 m przewyższenia. Takie odcinki mają w sobie ten rodzaj złudności, że cel w postaci wierzchołka znajduje się niedaleko, ale odcinek pokonujesz 8 minut. Zobaczyłem wówczas, że Damian zakończył bieg i rozpoczął maszerowanie. Miał dużą przewagę, ale jak przestajesz pokonywać podbieg drobniutkim kroczkiem i zaczynasz robić długie siłowe kroki, to koniec jest bliższy, niż myślisz. Wbiegałem pod górę swoim rytmem, nie myśląc o innych i na szczycie tego odcinka zameldowałem się na drugiej pozycji. Odległości między nami się zwiększyły, a trasa runęła w dół. Zbieganie ma znaczenie W okolicy 14. km na stromym odcinku prowadzącym w dół, który pokonywałem sprawnie, ale maksymalnie starając się oszczędzać nogi, spotkałem Damiana. Nie chcę się już nad nim pastwić, bo bardzo go lubię, więc ostatni raz wspomnę, że wyglądałem na zbiegach tak samo 3 lata temu. 🙂 Widząc, jak Damian zbiega, obrazując dokładniej, jakby rozglądał się za grzybami po krzakach, przypomniało mi się, jak ścigałem się z Wojtkiem Kopciem w 2018 roku w Krynicy. Wtedy to był kabaret „dwóch maratończyków na górskiej wyprawie”. 😛Siłą rzeczy na 15. km biegu zostałem liderem wyścigu. Nie chcę nikogo rozczarować, ale aż do 21 km działo się niewiele. Biegłem w swoim mocnym tempie, ale z poczuciem, że wyścig dopiero się zacznie. Jadłem co 25-30 minut żel, piłem co 4-5 minuty. Pełna koncentracja i fokus na jak najlepszy wynik. Z półmatka na Laskowiec (30 km) Na 21 km, na którym zlokalizowany był punkt odżywczy, wbiegłem samotnie ze stosunkowo niewielką przewagą nad pozostałymi zawodnikami. Z daleka zobaczyłem Asię w naszej teamowej koszulce. Krzyknąłem, że biorę mały flask na dalszą część wyścigu i wyrzuciłem jej w biegu śmieci z żeli energetycznych. Cała wizyta na punkcie trwała mniej niż 1 sekundę. Poszło perfekcyjnie, bez żadnych punkcie był też trener, krzyknął, żebym leciał dalej swoje, a ja, chociaż już lekko nadszarpnięty wysiłkiem wiedziałem, że kolejne 10 km niemal nieustającego podbiegu będzie kluczowe i zaangażowałem w bieg całą energię, którą do tego punktu skrzętnie oszczędzałem. Cały czas napierałem z tempem. Każdy, kto liznął choć trochę treningu i rywalizacji zna ten stan bardzo dobrze. Na biegu jesteś albo w trybie przetrwania, albo napierasz i idziesz po swoje – i tak właśnie się czułem w tamtej chwili – napierałem, byłem w połowie podbiegu zacząłem wyprzedzać osoby z ogona biegu na 73 km. Zawsze mnie dziwi, że jak biegnie czołówka z krótszego dystansu i widać po tych ludziach, że są zasmarkani, zapluci i zipią jak lokomotywy, to i tak osoby z dłuższego dystansu, które są wyprzedzane, zerkają na ścigających się i dopytują się z niedowierzaniem, czy to krótszy dystans? Tego dnia usłyszałem pytanie o to, 'czy to krótszy dystans?’, tyle samo razy co inne cholerne pytanie na mecie, ale o nim za Laskowcu zlokalizowany był kolejny punkt odżywczy. Tym razem w supporcie był Jurek Pachut, któremu z tego miejsca dziękuję za pomoc! Chciałem Jurkowi powiedzieć, że nie biorę bidonu, ponieważ na spokojnie dolecę z tym co mam przy sobie, ale ograniczyłem się ostatecznie do kiwnięcia głową. Ostatnie 600 m przewyższenia jakoś tak wpłynęło na mnie, że stałem się mniej rozmowny. 🙂 Wyścig z samym sobą Kilometry leciały – 31, 32, 33 … jest telefon. Słuchawki zawibrowały, odebrałem połączenie jednym kliknięciem przycisku. Właśnie do tego były mi potrzebne. Chciałem dostać informacje o tym, jakie są różnice na kolejnym punkcie. „5 minut nad Świercem” – powiedziała Asia. Podziękowałem, a Ona na koniec krzyknęła, żebym się trzymał. Złota żona – już odbierała ode mnie telefon, gdy umierałem na biegach i gdy wygrywałem i prosiłem o informacje o międzyczasach. Niezależnie od wyniku, zawsze support na najwyższym poziomie. 🙂Po telefonie wykonałem szybką kalkulację, że „mogę tracić” po 30 sekund na kilometrze i, i tak utrzymam przewagę. Oczywiście ambicja nie pozwalała na tak zachowawczy scenariusz, biegłem i robiłem dalej swoje. W końcu zbliżyłem się do 39 kilometra. Było coraz ciężej, ale nie miałem żadnego kryzysu, wszystko układało się doskonale. Pędziłem po swoje. Minąłem punkt odżywczy i widzę matę pomiarową do czasu. Spoglądam raz jeszcze przed siebie – nie wierzę – facet dopiero kończy ją rozkładać. Jak tylko zobaczyłem, że jeszcze jej nie rozłożył do końca, to od razu wyczułem kłopoty. Krzyknąłem do niego z daleka, żeby podniósł głowę i mnie zobaczył, bo potem będą problemy, że mnie na punkcie nie było. Facet długo na mnie spoglądał. Nie wiem, czy zapamiętywał numer, czy nie mógł wyjść z szoku, że jeszcze jest nieprzygotowany, a już biegną pierwsi zawodnicy. Fakt jest taki, że pisząc w tej chwili relację, sprawdzam międzyczasy i nie ma mnie na liście z tego punktu. Czyli tak jak przewidywałem, mata jeszcze nie została uruchomiona, gdy ja już byłem na punkcie. No i co mogę napisać. Tak, chociaż bym wiedział, ile przewagi miałem na 39. kilometrze, a tak to możemy sobie spekulować, czy powiększyłem te 5:27 przewagi (tyle miałem na 30 km), czy nie. [Szacuję, że byłem w okolicy punktu, gdzie była położona mata w czasie 3:01:15] Rozpocząłem ostatni zbieg – do mety zostały niecałe 4 kilometry. Trasa stawiająca krzyżyk na zawodniku Jestem pewny, że ten akapit jest tym, na co wszyscy czekają z wypiekami na twarzy. Wracam do tamtych przeżyć tylko dlatego, że o bloga dbam bardziej niż o moje zdrowie psychiczne. Proszę zatem teraz o pełną koncentrację i uważne czytanie, ponieważ wyjaśniam poniżej, jak rozstrzygają się losy złotego medalu Mistrzostw pierwszej kolejności przypomnijcie sobie moment, gdy biegniecie w tempie 3:10-3:15/km. Kto biega wolniej, musi zdać się na wyobraźnię. Teraz dołóżcie do tego obrazu kamienie, które pokrywają szlak. Sypkie i ostre. Gdy już stworzycie sobie w głowie ten obraz, warto przypomnieć, że jesteśmy na 40. kilometrze trasy, w nogach i głowie są ponad 3 godziny wysiłku o bardzo wysokiej intensywności. Tak właśnie pędziłem w stronę mety. Przede mną główny szlak – droga ostro prowadzi w dół. Wbiegam na krzyżówkę, choć bardziej należy napisać „przecinam krzyżówkę” na wprost. Zakręty położone są na tej krzyżówce nie pod kątem 90 stopni, lecz znacznie ostrzejszymi. Nie widzę żadnej szarfy po bokach (zapewne ze zmęczenia i nieuwagi na tym etapie), ale co ważniejsze na krzyżówce nie ma nikogo. DOSŁOWNIE NIC NIE ŚWIADCZYŁO O TYM, ŻE MAM SKRĘCIĆLutuję ostro w dół, 300, 400 m – nagle zdaję sobie sprawę, że żadnej szarfy nie widziałem od kilkudziesięciu sekund. Niepokoję się, ale z drugiej strony lecę główną drogą! Jeszcze 50 m w dół, a nagle zegarek daje niepokojący sygnał. Zerkam, a na nim informacja, że trasa prowadzi gdzie indziej. Po prostu tak mnie to ścięło z nóg, że nie mogłem uwierzyć. Rozglądam się, ale przecież wokół mnie nie ma żadnego zakrętu. Zaczynam zawracać, o poziomie wkurwienia nie będę się wypowiadał. Zegarek coś się kręci – strzałka raz pokazuje w dół, raz, że mam biec w górę, aż nagle pojawia się informacja, że jestem 400 m od trasy. Trudno opisać te emocje, zmęczenie, żal, złość, gorycz powoduje, że nogi robią się straszni ciężkie. Na ostatnich kilometrach w ogóle ich nie oszczędzałem, ruszenie pod górę powoduje zalanie mięśni wrzątkiem. Gdyby chociaż to był płaski teren, a ja musiałem popełnić błąd na ostrym zbiegu, teraz musiałem pokonać go w przeciwnym ile mogę, w głowie ciągle kotłuje się myśl: Jak to możliwe!?W końcu wpadam z powrotem na szlak, ruszam w dół i widzę w oddali, że przede mną jest Marcin Świerc. Co za paskudne uczucie. Nie dlatego, że to akurat Marcin, tylko dlatego, że po prostu czułem i wiem, że fizycznie byłem mocniejszy. Sport to jednak nie tylko walcząc ile mogę, ale zaczynają chwytać mnie skurcze w łydkach. Na 1 km przed metą mijam trenera, ten krzyczy, żebym gonił, żebym walczył do końca, ale strata jest zbyt duża. Dobiegam do mety na drugiej pozycji. Marcin już na mnie czeka. Przegrałem bieg bardziej, niż Marcin go wygrał Wbiegam zły na metę na samego siebie. Sam nie mogę uwierzyć, w to co się właśnie odjebało. Zaczynają się sypać pytania jak to możliwe, co się stało? Odpowiadam zatem, poprzedzając większość zdań łacińskim wstępem. Podchodzi do mnie Marcin i wymieniamy 3 zdania. W dwóch gratuluję mu zwycięstwa i narodzin syna, w jednym Marcin pyta się mnie czy nie miałem wgranego tracka do zegarka? No i co ja mogę odpowiedzieć w takiej sytuacji? 🙂 Dziękuję za rywalizację i z pełną szczerością raz jeszcze składam zasłużone gratulacje Marcinowi. Uwierzcie mi, że nie piszę tego, ponieważ tak wymaga poprawność polityczna. Ja naprawdę szczerze doceniam to jak Marcin pobiegł cały bieg, rozegrał świetne zawody – taktycznie i ze spokojem na końcu. Nie mam do Marcina żadnych pretensji, bo po prostu ich mieć nie mogę. Podczas rozmów z chłopakami na mecie w kółko powtarzam tę samą historię. Normalnie, jakby każdy chciał usłyszeć ją na własne uszy, bo nie wierzy w krążące plotki. Wśród tych rozmów w tle da się wychwycić niezadane pytanie – czyja to wina?Myślę, że cała sytuacja to splot wielu nieszczęśliwych czynników. W największym stopniu czuję się odpowiedzialny sam za swój los. Po prostu powinienem być podwójnie skoncentrowany, szczególnie na końcówce biegu, gdy zmęczenie jest tak duże. Czy organizator mógł zrobić coś więcej? Jasne, z relacji kolejnych osób wiem, że w tamtym miejscu później stały osoby i regularnie przekierowywały biegnących w ten ostry zakręt. Czy są inne patenty na uniknięcie takiej sytuacji? Pewnie, np. na Festiwalu Ultra Chojnik wszystkie ścieżki, które są „błędne” są oznakowane innym kolorem taśm. Widzisz inny kolor = zawróć. Jednocześnie nie mogę mieć pretensji ani o brak wolontariusza na tym rozdrożu, ani o takie, a nie inne oznakowanie trasy. Nie pomógł niestety zegarek Polara Vantage V. Wypowiedziałem się o nim dość ostro we wpisie na mediach społecznościowych. Było pewnie trochę emocji w określeniu „polarowskie gówno”, ale nie była to pierwsza sytuacja, gdy ten zegarek mocno skomplikował mi rywalizację. Wystarczy prześledzić, chociażby relacje z biegu „Siedemdziesiąt z hakiem”, czy wyszperać na Stravie kilka perełek treningowych, gdzie dał pokaz swoich możliwości. Zresztą mam całą dokumentację zdjęciową błędów zegarka i niemal w całości napisany tekst o nim jeszcze z marca tego roku, ale teraz to już nawet nie chce mi się do tego wracać. Zakończę ten akapit, jednak podkreślając raz jeszcze, że najwięcej winy i odpowiedzialności w tym błędzie leży po mojej stronie i absolutnie nie zamierzam unikać odpowiedzialności, po prostu spieprzyłem sprawę. Wszystko dizeje się po coś Po biegu wielokrotnie wracała do mnie myśl, jak to możliwe i dlaczego to się stało? Już w drodze do Wrocławia powiedziałem Asi, że to będzie zajebisty rozdział w książce, którą kiedyś napiszę. Bohater upodlony, powstaje i idzie po swoje i gdy wszyscy spodziewają się wielkiego tryumfu – następuje nagły zwrot akcji!Jest to też dobry moment, żeby przypomnieć o wstępie do tej relacji i odesłać Was do wpisu „Jestem lepszy, gdy jestem zły”. Nagrody i finanse Zrobimy z tego nową tradycję – podsumowanie tego jak od strony kosztów i zysków wyglądają takie biegi. Prawdopodobnie mocno to ograniczy ilość zaproszeń, jakie otrzymuję od organizatorów na start, ale w zasadzie i tak przeważnie odmawiam głównie dlatego, że do każdego biegu trzeba swoje – 435 zł (2 osoby, 3 doby)Transport ok. 275 zł (transport + opłaty drogowe)Wpisowe na zawody – 200 złRazem: 910 złNagrody:Torba The North Face wartość ok. 420 złPobyt w Hotelu Czarny Groń 2 noce wartość ok. 850 złOdżywki Nutrenda i bidon wartość ok. 120 złKosmetyki Amaderm wartość ok. 80 złRazem: 1470 zł w rzeczach materialnychReasumując, jest to jedna z nielicznych sytuacji, gdy po spieniężeniu (czego nie zrobię) wygranych nagród, wyszedłbym po weekendzie ok. 560 zł do przodu. 🙂Dla kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że tym wynikiem spełniłem minimum na MŚ w biegach górskich już na drugim dystansie. 🙂
Home Książki Literatura obyczajowa, romans Na kolanie Wszystko w życiu dzieje się po coś, tylko nie od razu wiadomo po co. Zbiór felietonów autorstwa Izabelli Frączyk to efekt wnikliwej obserwacji wszystkiego, co nas otacza, oraz umiejętności postrzegania rzeczywistości z przymrużeniem oka. Życie nie szczędzi autorce przygód i nawet w trakcie wyrzucania śmieci potrafi zaserwować jej wydarzenie, jakiego świat nie widział. Jeśli do tego dodamy jeszcze cykl opowiadań o przygodach jej ukochanych zwierząt: przygarniętego w ostatnim dniu wakacji psa Tornado i nieprzeciętnego kota Ciumka, który na świat ludzi patrzy z kocim dystansem, otrzymamy historie pełne zabawnych sytuacji, które wprawią w doskonały nastrój każdego czytelnika. Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni. Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie: • online • przelewem • kartą płatniczą • Blikiem • podczas odbioru W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę. papierowe ebook audiobook wszystkie formaty Sortuj: Książki autora Podobne książki Oceny Średnia ocen 7,4 / 10 18 ocen Twoja ocena 0 / 10 Cytaty Powiązane treści
wszystko dzieje się po coś